Letni sezon
rowerowy Polka Circle definitywnie został zakończony!!! Nadszedł pierwszy weekend października, a my
tyle jeszcze ciekawych wycieczek rowerowych mamy w planach do zorganizowania. Z mojej strony wypadałoby więc przychylnym słowem obdarzyć jesień, która też może być wspaniałą porą do kontynuacji
rowerowych wypraw. Bo jak nie zachwycać
się jesienią, nie kochać babiego lata i nie cieszyć się mozajką kolorowych liści
szarganych rześkim wiatrem?
W ową
niedzielę, wybór padł na 27 milowy Heritage Bike Trail łączący Dubuque z
Dyersville oraz znajdująca się w pobliżu
uroczą Galenę. W związku z tym, że otrzymałyśmy zaproszenie na poranną
przejażdzkę po jej okolicach nieco innym środkiem transoprtu, niż zazwyczaj się
poruszamy, nie trzeba było nas długo namawiać, aby zmodyfikować plany i spróbować
czegoś nowego. W towarzystwie, sławnej wsród Polonii, Magdaleny Huk i jej ferajny
czwornonożny pupili, Polka Circle poraz pierwszy w historii zaczęła wyprawę nie na rowerach,
ale na specjalnie udekorowanym traktorze.
Widoki na okolice i koloryt nieba
sprzyjały niekonczącej się sesji zdjęciowej. Aż żal było rozstać się z takim
towarzystwem, ale wypadło kontynuować dalszą jazdę. Zaczęłyśmy więc od molowniczej
Galeny, leżącej w dalekim, połnocno-zachodnim zakątku Illinois, w odległości
zaledwie 10 mil od Iowa i Wisconsin.
Niewiele się tu zmieniło od czasu jej
największego rozkwitu, kiedy to stała sie głownym portem, do którego przybywały
parowce pływające po Mississippi. Zaparkowałyśmy
auto i nasze rowery przy głównym deptaku i udałyśmy się na zwiedzanie Main
Street. Ilość historycznych miejsc związanych z wojną secesyjną, stacjonującymi
tu wojskami Unii oraz liczebność wiktoriańskich domów rzekomo goszczących 18-stego prezydenta Stanow Zjednochonych i
rodzinę Ulyssesa Granta była nie do ogarnięcia przez jeden dzień, a co dopier jedno
popołudnie. Głodne i obciążone bagażem broszur, udałyśmy się w końcu do
pierwszej lepszej napotkanej restauracji. Jak sie później zorięntowałyśmy, była
ona połączona z atrium hotelu DeSoto, gdzie odbyła się prezydencka kampania U.
Grant. A sam hotel jest jedynm w Stanach najdłużej prosperujacym juz od 185 lat!
Szukując początku trasy rowerowej, dotarlyśmy do
miejscowości Dubuque, oddalonej o 150
mil na zachód od Chicago. Miasto zostala zalożone w 1788 r. przez francusko-kanadyjskich
górników miedzi i było to pierwsze osiedle białych na terenie Iowa. Do dziś
zachowały się tu budynki z tamtych czasów, choć firmy do których należały,
zajmują się teraz tylko przetwórstwem spożywczym, m.in. pakowaniem mięsa. Zajechałyśmy
również do nowego kompleksu przemysłowego przy Third Street na terenie Ice
Harbor, który mieści liczne muzea z ekspozycjami marynistycznymi. Wystawy
tematyczne w Mississippi River Museum, Riverboat Museum i National Rivers Hall of Fame, poświęcone podróżnikom i
odkrywcom tworzą niekończąca się opowieść o historii nawigacji po Missisipi
River.
Gdyby czas pozwolił na pewno wybrałybyśmy się na najkrótszą, a za razem
najbardziej stromą na świecie kolejkę linową. Z wagoników Fenelon Place
Elevator można podziwiać piękną panoramę miasta, sięgającą aż po granice Illinois
i Wisconsin. Szukając wciaż linii startowej naszej scieżki rowerowej, postanowiłyśmy
pospacerować wzdłuż promenady uwieńczonej na horyzontach żeliwno-zielonymi
mostami. Minęłyśmy też Dubuque Star Brewery, wytwórnie
lokalnego piwa, która jest najstarszą w stanie Iowa oraz wierzę strzelniczą The Shot
Tower, wpisaną
na listę National Register of Historic Places, jedną z niewielu
zachowanych w USA. Było już koło godziny
3 pm, kiedy dotarłyśmy na Heritage Bike Trail. Termometr wskazywaly tylko 51
stopni F.,nad głowami wysiały cieżkie, deszczowe chmury, ale mimo wszystko
spotkałyśmy tu fanatyków rowerowych sportów. Ubrane, poraz pierwszy w tym
sezonie, w podwójne bluzy i ciepłe rękawiczki , ruszyłyśmy ku przygodzie.
Jak
sie okazało nie trzeba było długo na nią czekać. Złapałam gume a brak zapasowej
dętki uniemożliwił nam dalszą jazdę. Było mi bardzo wstyd i czułam się nie fer
w stosunku do Ani, że zawiodłam…. Szłyśmy tak przez las mocno przeżywając to co się stało i obiecują sobie i wzajemnie
solidną poprawę w rowerowym ekwipunku. Jak sie później okazało najechałam na
zszywkę ! Mały, 4- milimetrowy, wredny , pokrętny drucik, który po pierwsze nie
miał prawa pojawić się w leśnych zaroślach i po drugie nie miał szans się
przebić przez grubą oponę, jednak znalazł sposób na zbastowanie naszej wyprawy.
Dreptałyśmy
średnio 3 mile na godzinę, co nie wróżyło rychłego dotarcia do parkingu. Summa summarum szkoda mi się zrobiło Ani, ze
przeze mnie musi taki kawał drogi iść, więc zmotywowałam ją do samotnej, powrotnej jazdy rowerowej. Doszłam do wniosku, że
będzie najlepiej jak wróci na rowerze po auto i odbierze mnie z jakiegoś
dogodnego miejsca. Ania byla bardzo opiekuńcza,
nie bardzo chciała zostawić mnie samą na puścutkiej już
ścieżce, jednak przekonałam ją, że tak będzie najszybciej i najlepiej, jeśli
jeszcze coś chcemy za dnia zobaczyć. Nim wyruszyła napstrykała zdjęć całej
okolicy, nawet ewidecyjnie uchwyciła
dom, zaparkowane auto i przechadząjacego się właściciela. Jesli chodzi o auspicje koleżenskie i
precepcje organizacyjne to Anna jest niezawodną w takich sprawach. Można na niej polegać w 100%, co zawsze
wzbudza u mnie prawdziwy podziw dla jej zaangażowania i operatywności.
Ania pofrunęła
jak strzała, a ja zajęłam się eksploracją ekspozyji terenu. Przeniosłam kilka tematów na karte fotograficzna i zaczęło mi
sie nużyć. Powoli leśna gęstwina traciła barwę a przeswity nieba, zmieniał się
w szarawa taflę.
Sesje fotograficzną
przerwał mi w końcu coraz mocniej padający deszcz. Uzmysłowiłam sobie, że od dobrej pół godziny
nie widziałam ani jednego rowerzysty, ani
jednej żywej duszy, tylko moje kroki odbijały się echem na zwiędniętych
liściach. Konkluzją było podejście do umówionej krzyzówki, a intuicja
podpowiadałam mi, że za niedługo Ania pojawi się na zakręcie. Rzeczywiście nie
minęło 5 minut, jak niebieskie CRV pruło w moim kierunku. Zatroskana Ania
przywitała mnie promiennym uśmiechem i przyjacielskim pytaniami o moje
smopoczucie. Zapakowalyśmy mój niesprawny
rower i ruszyłyśmy ulicami Dubuque w poszukiwaniu
dodatkowych miejskich atrakcji.
Dotarłyśmy
między innymi na Chaplain Schmitt Island, na której ustawiono monumentalny
VETERANS MEMORIAL PLAZA w centrum, którego wyróżnia się sześciotonowy glob o średnicy 5 stóp. Memorial honoruje
weteranów z 13 walk zbrojnych Amerykanów, zaczynając od wojen rewolucyjnych po
konflikty w Iraqu i Afghanistanie. Pomysłodawcą byl Louis Kartman, sam
weteran Wojny Koreanskiej, który po obejrzeniu bliźniaczo podobnego pomnika w
Park Rapids, Minnesota, zaproponował zbiórkę pieniędzy na jego budowę w
rodzinnym mieście Dubuque. Prace trwały 3 lata a efekt jest imponujący.
W związku z
tym, że zaczęło wręcz lać, wybrałyśmy się do pobliskiego parku, aby oficjalnie
zakończyć wyprawę Polka Circle bąbelkowym trunkiem. Miejsce było bardzo urocze,
z widokiem na Mississippi River. Kontęplowałyśmy widok na rzekę i cicho stojące
na parkingu samochody, których właściele i ich pasażerowie najwyraźniej mieli
jeszcze jakiś pomysł na zakończenie dnia. A my pełne wrażeń i nieco zflustrowane
fiaskiem na trasie rowerowej, postanowilyśmy ruszyć w drogę powrotną do
Chicago.
by Aleksandra Stasiuk
link:


















No comments:
Post a Comment