Saturday, October 12, 2013

POLKA CIRCLE: HERITAGE BIKE TRAIL & GALENA

Letni sezon rowerowy Polka Circle definitywnie został zakończony!!! Nadszedł pierwszy weekend października, a my tyle jeszcze ciekawych wycieczek rowerowych mamy w planach do zorganizowania. Z mojej strony wypadałoby więc przychylnym słowem obdarzyć jesień, która  też może być wspaniałą porą do kontynuacji rowerowych wypraw. Bo jak nie zachwycać się jesienią, nie kochać babiego lata i nie cieszyć się mozajką kolorowych liści szarganych rześkim wiatrem?


W ową niedzielę, wybór padł na 27 milowy Heritage Bike Trail łączący Dubuque z Dyersville oraz znajdująca się w pobliżu uroczą Galenę. W związku z tym, że otrzymałyśmy zaproszenie na poranną przejażdzkę po jej okolicach nieco innym środkiem transoprtu, niż zazwyczaj się poruszamy, nie trzeba było nas długo namawiać, aby zmodyfikować plany i spróbować czegoś nowego. W towarzystwie, sławnej wsród Polonii, Magdaleny Huk i jej ferajny czwornonożny pupili, Polka Circle poraz pierwszy w historii zaczęła wyprawę nie na rowerach, ale na specjalnie udekorowanym traktorze. 




Widoki na okolice i koloryt nieba sprzyjały niekonczącej się sesji zdjęciowej. Aż żal było rozstać się z takim towarzystwem, ale wypadło kontynuować dalszą jazdę. Zaczęłyśmy więc od molowniczej Galeny, leżącej w dalekim, połnocno-zachodnim zakątku Illinois, w odległości zaledwie 10 mil od Iowa i Wisconsin. 


Niewiele się tu zmieniło od czasu jej największego rozkwitu, kiedy to stała sie głownym portem, do którego przybywały parowce pływające po Mississippi. Zaparkowałyśmy auto i nasze rowery przy głównym deptaku i udałyśmy się na zwiedzanie Main Street. Ilość historycznych miejsc związanych z wojną secesyjną, stacjonującymi tu wojskami Unii oraz liczebność wiktoriańskich domów rzekomo goszczących 18-stego prezydenta Stanow Zjednochonych i rodzinę Ulyssesa Granta była nie do ogarnięcia przez jeden dzień, a co dopier jedno popołudnie. Głodne i obciążone bagażem broszur, udałyśmy się w końcu do pierwszej lepszej napotkanej restauracji. Jak sie później zorięntowałyśmy, była ona połączona z atrium hotelu DeSoto, gdzie odbyła się prezydencka kampania U. Grant. A sam hotel jest jedynm w Stanach najdłużej prosperujacym juz od 185 lat!     



                                                                                                                                                     Szukując początku trasy rowerowej, dotarlyśmy do miejscowości  Dubuque, oddalonej o 150 mil na zachód od Chicago. Miasto zostala zalożone w 1788 r. przez francusko-kanadyjskich górników miedzi i było to pierwsze osiedle białych na terenie Iowa. Do dziś zachowały się tu budynki z tamtych czasów, choć firmy do których należały, zajmują się teraz tylko przetwórstwem spożywczym, m.in. pakowaniem mięsa. Zajechałyśmy również do nowego kompleksu przemysłowego przy Third Street na terenie Ice Harbor, który mieści liczne muzea z ekspozycjami marynistycznymi. Wystawy tematyczne w Mississippi River Museum, Riverboat Museum i National  Rivers Hall of Fame, poświęcone podróżnikom i odkrywcom tworzą niekończąca się opowieść o historii nawigacji po Missisipi River.





Gdyby czas pozwolił na pewno wybrałybyśmy się na najkrótszą, a za razem najbardziej stromą na świecie kolejkę linową. Z wagoników Fenelon Place Elevator można podziwiać piękną panoramę miasta, sięgającą aż po granice Illinois i Wisconsin. Szukając wciaż linii startowej naszej scieżki rowerowej, postanowiłyśmy pospacerować wzdłuż promenady uwieńczonej na horyzontach żeliwno-zielonymi mostami. Minęłyśmy też Dubuque Star Brewery, wytwórnie lokalnego piwa, która jest najstarszą w stanie Iowa oraz wierzę strzelniczą The Shot Tower, wpisaną na listę National Register of Historic Places, jedną z niewielu zachowanych w USA.  Było już koło godziny 3 pm, kiedy dotarłyśmy na Heritage Bike Trail. Termometr wskazywaly tylko 51 stopni F.,nad głowami wysiały cieżkie, deszczowe chmury, ale mimo wszystko spotkałyśmy tu fanatyków rowerowych sportów. Ubrane, poraz pierwszy w tym sezonie, w podwójne bluzy i ciepłe rękawiczki , ruszyłyśmy ku przygodzie.




 Jak sie okazało nie trzeba było długo na nią czekać. Złapałam gume a brak zapasowej dętki uniemożliwił nam dalszą jazdę. Było mi bardzo wstyd i czułam się nie fer w stosunku do Ani, że zawiodłam…. Szłyśmy tak przez las mocno przeżywając to co się stało i obiecują sobie i wzajemnie solidną poprawę w rowerowym ekwipunku. Jak sie później okazało najechałam na zszywkę ! Mały, 4- milimetrowy, wredny , pokrętny drucik, który po pierwsze nie miał prawa pojawić się w leśnych zaroślach i po drugie nie miał szans się przebić przez grubą oponę, jednak znalazł sposób na zbastowanie naszej wyprawy. 
Dreptałyśmy średnio 3 mile na godzinę, co nie wróżyło rychłego dotarcia do parkingu. Summa summarum szkoda mi się zrobiło Ani, ze przeze mnie musi taki kawał drogi iść, więc zmotywowałam ją do samotnej, powrotnej  jazdy rowerowej. Doszłam do wniosku, że będzie najlepiej jak wróci na rowerze po auto i odbierze mnie z jakiegoś dogodnego miejsca. Ania byla bardzo opiekuńcza, nie bardzo chciała zostawić mnie samą na puścutkiej już ścieżce, jednak przekonałam ją, że tak będzie najszybciej i najlepiej, jeśli jeszcze coś chcemy za dnia zobaczyć. Nim wyruszyła napstrykała zdjęć całej okolicy, nawet  ewidecyjnie uchwyciła dom, zaparkowane auto i przechadząjacego się właściciela. Jesli chodzi o auspicje koleżenskie i precepcje organizacyjne to Anna jest niezawodną w takich sprawach. Można na niej polegać w 100%, co zawsze wzbudza u mnie prawdziwy podziw dla jej zaangażowania i operatywności.
Ania pofrunęła jak strzała, a ja zajęłam się eksploracją ekspozyji  terenu. Przeniosłam kilka  tematów na karte fotograficzna i zaczęło mi sie nużyć. Powoli leśna gęstwina traciła barwę a przeswity nieba, zmieniał się w szarawa taflę. 


Sesje fotograficzną przerwał mi w końcu coraz mocniej padający deszcz. Uzmysłowiłam sobie, że od dobrej pół godziny nie widziałam ani jednego rowerzysty, ani  jednej żywej duszy, tylko moje kroki odbijały się echem na zwiędniętych liściach. Konkluzją było podejście do umówionej krzyzówki, a intuicja podpowiadałam mi, że za niedługo Ania pojawi się na zakręcie. Rzeczywiście nie minęło 5 minut, jak niebieskie CRV pruło w moim kierunku. Zatroskana Ania przywitała mnie promiennym uśmiechem i przyjacielskim pytaniami o moje smopoczucie.  Zapakowalyśmy mój niesprawny rower i  ruszyłyśmy ulicami Dubuque w poszukiwaniu dodatkowych miejskich atrakcji.  



Dotarłyśmy między innymi na Chaplain Schmitt Island, na której ustawiono monumentalny VETERANS MEMORIAL PLAZA w centrum, którego wyróżnia się sześciotonowy glob o średnicy 5 stóp. Memorial honoruje weteranów z 13 walk zbrojnych Amerykanów, zaczynając od wojen rewolucyjnych po konflikty w Iraqu i Afghanistanie. Pomysłodawcą byl Louis Kartman, sam weteran Wojny Koreanskiej, który po obejrzeniu bliźniaczo podobnego pomnika w Park Rapids, Minnesota, zaproponował zbiórkę pieniędzy na jego budowę w rodzinnym mieście Dubuque. Prace trwały 3 lata a efekt jest imponujący. 


W związku z tym, że zaczęło wręcz lać, wybrałyśmy się do pobliskiego parku, aby oficjalnie zakończyć wyprawę Polka Circle bąbelkowym trunkiem. Miejsce było bardzo urocze, z widokiem na Mississippi River. Kontęplowałyśmy widok na rzekę i cicho stojące na parkingu samochody, których właściele i ich pasażerowie najwyraźniej mieli jeszcze jakiś pomysł na zakończenie dnia. A my pełne wrażeń i nieco zflustrowane fiaskiem na trasie rowerowej, postanowilyśmy ruszyć w drogę powrotną do Chicago. 

by Aleksandra Stasiuk
link: